Polskie piekiełko i słowacki raj. Jak europejski parias został podatkowym eldorado, a europejski prymus podatkowym pariasem [KOMENTARZ]

Słowacka specjalność - kąpiel piwna fot. wikipedia
Reklama / Advertisement

Pamiętacie Słowację sprzed 20 lat? Ja pamiętam. Zanim europejskim „czarnym ludem” został Aleksander Łukaszenka, rolę tę odgrywał przez lata słowacki premier Vladimír Mečiar. W kraju kwitła korupcja, stosunki z Węgrami znalazły się niemal na skraju wojny a sam premier uprawiał autentyczną gangsterkę, zlecając służbom specjalnym porwanie syna swojego politycznego rywala, prezydenta Michala Kováča. W tych malowniczych okolicznościach wniosek o przyjęcie kraju do NATO i Unii Europejskiej budził w obu kwaterach głównych w Brukseli salwy niepohamowanego śmiechu. Nikt nie dawał Słowacji najmniejszych szans.

Słowacy jednak spokojnie czekali, sącząc Zlatego Bažanta, już wówczas produkowanego przez koncern Heinekena. Była to jednak jedna z nielicznych znanych marek, którą sprzedali za czasów Mečiara. Profesor Jadwiga Staniszkis postawiła kiedyś śmiałą tezę, która z perspektywy lat okazała się prorocza, ze Słowacy trzymali swojego premiera jako postrach dla zachodnich inwestorów, którzy w latach 90. XX wieku tłumnie ruszyli na tanie zakupy do dawnego ost-bloku. „Chcecie nasze elektrownie? Zwariowaliście? Zobaczcie, co ten Mečiar wyprawia. Wróćcie za kilka lat”.

W tym czasie nasze polityczne elity usłużnie podstawiały tylną część ciała każdemu, kto przyjechał do Polski z walizką pieniędzy. Pamiętam radość tzw. liberalnych mediów po sprzedaży Amerykanom zakładów papierniczych w Kwidzyniu. 120 mln dolarów! Ależ to ogromne pieniądze! Ówczesne entuzjastyczne reportaże o prywatyzacji w niczym nie ustępowały produkcyjniakom z lat 50., sławiącym „wielkie budowy socjalizmu”.

Żeby było jasne – były to w większości teksty sponsorowane przez ówczesne Ministerstwo Przekształceń Własnościowych. Szybko okazało się, że aby zbudować coś takiego jak kwidzynska celuloza, Amerykanie musieliby wyłożyć co najmniej pół miliarda dolarów. Tylko zbudować. A w Polsce mieli już wykwalifikowaną załogę i gotowy rynek, bo Kwidzyn dostarczał ponad połowę papieru gazetowego dla krajowej prasy. I znów żeby było jasne – ponad 7% wpływów z prywatyzacji zostało wydanych na wynagrodzenia tzw. doradców.

Tymczasem Słowacy cierpliwie czekali. Kiedy Polska, prymus narodów, kończyła negocjacje w sprawie wstąpienia do NATO i UE, oni w ciągu jednej nocy pozbyli się Vladimíra Mečiara, wybierając na premiera sympatycznego informatyka Mikuláša Dzurindę. Zmiana była radykalna i perspektywy Brukseli wielce pozytywna, więc Słowacja szybko została zaproszona do grupy państw negocjujących akces do Unii Europejskiej i NATO. Za pięć dwunasta, ale wystarczyło, by przystąpić do obu organizacji w tym samym 2004 roku. Przy okazji zachowując kluczowe gałęzie przemysłu, które można było prywatyzować – ale za zupełnie inną cenę.

Dlatego kiedy premier Robert Fico ogłosił kilka lat później swój pakiet reform socjalnych i podatkowych, przy których nasze 500 plus i konstytucja dla biznesu razem wzięte to kieszonkowe „na waciki”, kasę miał. I nie wahał się jej użyć. A było na co, bo pakiet zakładał m.in. obniżkę cen energii i gazu, wzrost płacy minimalnej do 400 euro, obniżenie składek dla pracowników mających średnie i małe dochody, a także darmowe podróże koleją dla studentów i emerytów. Później jeszcze obniżono VAT do 20%, a górną stawkę podatku dochodowego ustalono na 25% i tylko dla dochodów powyżej 3300 euro miesięcznie (czyli dla 1 procenta pracujących, reszta płaci 19%). Zlikwidowano akcyzę i podatek od środków transportu, umożliwiono też przedsiębiorcom pełne odliczenie VAT od zakupu auta i paliwa. I to jest właśnie to, co z perspektywy północnej strony Karpat nazywamy dziś „słowackim rajem podatkowym”.

Nasz rząd kasy nie ma, ale dla jej zdobycia z pewnością nie zawaha się użyć giwery o nazwie „podatki”. „Słuchajcie Morawiecki, potrzebujemy pieniędzy. Dopiszcie coś drobnym drukiem w tej swojej konstytucji dla biznesu, może nie zauważą. Cholera, zauważyli. No to kombinujcie dalej Morawiecki, kombinujcie”.

Z perspektywy krajowego podwórka słowacka polityka przypomina dobrze rozegraną partię szachów. Nasza przypomina strzelanie do rzutek ze zdezelowanej dubeltówki. Udało się? No to strzelamy dalej. O, nie udało się… Morawiecki, skombinujcie jakąś inną strzelbę dla prezesa! No ruchy Morawiecki, ruchy!”.

I tak miotamy się od ściany do ściany, cały czas uważając, żeby ktoś nie wsadził nam ręki do kieszeni. Albo nie dał do podpisania jakiegoś dokumentu drobnym druczkiem.

A Słowacy spokojnie sączą sobie Zlatego Bažanta.

Czytaj też: 100 lat za Rumunami. Anka, pokaż Mateuszowi, jak robi się reformę podatkową [KOMENTARZ]

Reklama / Advertisement