Michalkiewicz: Liturgia smoleńska jest elementem rodzącego się na naszych oczach kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego – nasz felieton

PAP/Tomasz Gzell

Podobno niewiele brakowało, aby w narodowej martyrologii pojawiła się nowa katastrofa lotnicza – tym razem londyńska, kiedy to delegacja rządowa wraz z puchnącym gronem osobistości towarzyszących usiłowała wepchać się do samolotu. „Na szczęście były w partii siły, co kres tej orgii położyły”, dzięki czemu kolejne miesięcznice będą – zgodnie z nową, świecką tradycją – wyłącznie smoleńskie. Zgodnie z nowymi zasadami ustawy o zgromadzeniach, jako manifestacje „cykliczne” będą one miały priorytet – mniej więcej taki sam jak procesje w święto Bożego Ciała.

To podobieństwo nie jest zresztą wcale przypadkowe, bo liturgia smoleńska jest elementem rodzącego się na naszych oczach kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który stopniowo ma wyprzeć ze społecznej świadomości kult marszałka Józefa Piłsudskiego. Któregoś razu w Radiu Wnet zwróciłem na to uwagę w obecności pani red. Anity Gargas, która gwałtownie zaprotestowała przeciwko słowu „kult”, zwracając mi uwagę, że nie chodzi tu o żaden „kult”, tylko o oddanie czci prezydentowi Kaczyńskiemu.

Odpowiedziałem na to, że używam określeń prawidłowych, bo oddawanie czci komukolwiek, zwłaszcza gdy przyjmuje ono postać zrytualizowanej obrzędowości, nazywa się właśnie kultem. Otóż kult prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest, a w każdym razie ma być takim samym elementem ideowego spoiwa rekonstruowanej właśnie sanacji jak kult Józefa Piłsudskiego. Dlatego prezes Kaczyński tak usilnie podkreśla konieczność „dążenia do prawdy” w sprawie Smoleńska, bo jużci – „dążenie” można dowolnie rozciągnąć w czasie, no a poza tym jest ono od samej „prawdy” znacznie bezpieczniejsze, bo w przypadku „dążenia” sami dążący decydują, w którym kierunku będą „dążyć” – co z politycznego punktu widzenia jest prawdziwym darem Niebios.

czytaj też: Janusz Korwin-Mikke: Ciężko żyć w kraju, w którym fundacje zajmują się zarabianiem pieniędzy, firmy zaś działalnością charytatywną – Nasz felieton

W takiej sytuacji dodatkowa katastrofa „londyńska” byłaby tu potrzebna jak psu piąta noga, więc skoro do niej szczęśliwie nie doszło, to nieomylny to znak, że prezesa Kaczyńskiego muszą wspierać jakieś potężne auxilia. A trzeba przyznać, że przychodzą one w samą porę, jako że Nasza Złota Pani postanowiła położyć kres wahaniom w związku z nieoczekiwanym wyborem Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta USA i przystąpić do ostatecznego rozwiązania der polnischen Frage przy pomocy starych kiejkutów w służbie BND i Mosadu, Żydów i tak zwanych „pożytecznych idiotów”, których – jak wiadomo – nigdzie nie brakuje, zwłaszcza teraz, gdy „system edukacyjny” nastawiony jest na masową ich produkcję w ramach powszechnego duraczenia. Oczywiście stare kiejkuty i ich rozbudowana agentura, nawet wsparta przez „pożytecznych idiotów”, mogłyby do ostatecznego rozwiązania der polnischen Frage nie wystarczyć, zwłaszcza w sytuacji gdy Niemcy, na wypadek jakiejś przyszłej Norymbergi, wolałyby uniknąć ostentacyjnego udziału w tym rozwiązaniu, ograniczając się do zapewnienia całemu przedsięwzięciu osłony politycznej, przedstawiając ją europejskiej opinii jako chirurgiczną operację obcinania głowy „faszyzmowi”.

Dlatego też wszystko, a w każdym razie bardzo dużo zależy od naszej niezwyciężonej armii, która – co prawda tylko słodszymi od malin ustami pułkownika Adama Mazguły – zadeklarowała gotowość stanięcia na nieubłaganym gruncie obrony konstytucji.

Cały artykuł w tygodniku „Najwyższy Czas!”. Szukaj w kioskach lub kup e-wydanie