Wzlot i upadek „facebookowego mesjasza” opozycji [KOMENTARZ]

Mateusz Kijowski fot. PAP/Jacek Turczyk

Przekonanie, że Mateusz Kijowski popełnił dyskwalifikujący go na niwie publicznej czyn, jest dość zabawne. Byłoby tak, gdybyśmy mieli do czynienia z poważnym politykiem czy mężem stanu. Tymczasem Kijowski nigdy nikim takim nie był, nie jest i nie będzie. Jest przypadkowym bohaterem wykreowanym przez społecznościowe media, którego już dawno przerosła sytuacja, którą sam stworzył.

KOD zdecydowanie zbyt szybko został uznany za poważną alternatywę dla parlamentarnej opozycji. Uwierzyli w to nawet doświadczeni politycy, którzy skoordynowali z zaplanowanymi przez Komitet protestami swój okupacyjny strajk w Sejmie. Dziś pewnie wielu tego żałuje, bo od kiedy zaczął się ten „ciamajdan”, namaszczeni na mesjaszy opozycji Petru i Kijowski zaliczyli dwie koszmarne wizerunkowe wpadki, od których już się nie uwolnią.

W sumie nie ma się czemu dziwić. Obaj panowie są produktami facebookowego i twitterowego rozumienia polityki, bardzo popularnego w niektórych kręgach medialnych. Ale przyjrzyjmy się Kijowskiemu.

Przeciętny informatyk i raczej mało poważny gość – żeby narobić 80 tysięcy długów w alimentach trzeba naprawdę mieć mocno „wywalone” – miał jedną zaletę. Ze swoją brodą, kucykiem, marynarkami, bransoletkami i całym hipsterskim „ymydżem” świetnie wpasował się w oczekiwania dziennikarzy „Wyborczej”, „Newsweeka”, ich czytelników oraz warszawskich „ciotek rewolucji” marzących, by społeczną irredendę przeciw PiS-owi rozpoczął i poprowadził właśnie taki miejski luzak.

I tak zaczęła się rozpoczęta wpisem na Facebooku wielka kariera Mateusza. Który jednak nigdy nie doszedłby do takiej pozycji, gdyby zdecydowanego wsparcia nie udzielili mu od razu szefowie największych opozycyjnych mediów. Trzeba przyznać, że błyskawiczny rozwój KOD i zmobilizowanie przez niego kilkudziesięciu tysięcy ludzi wokół tak mało obchodzącego Polaków tematu jak Trybunał Konstytucyjny zrobiły wrażenie. Zarówno na mediach, rządzących, jak i opozycji, która coraz chętniej zaczęła oddawać Kijowskiemu rolę głównego lidera na froncie walki z PiS-em.

Dwa duże marsze w Warszawie wiosną ub. roku oraz wizyty w Waszyngtonie i Brukseli były jednak kulminacyjnymi momentami publicznej kariery Kijowskiego. To był moment, w którym trzeba było podjąć decyzję, jak wykorzystać mobilizację zwolenników KOD. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Mętne, mdłe i zupełnie pozbawione „ikry” wypowiedzi Kijowskiego, co zamierza robić dalej, pokazały co bardziej realistycznie myślącym ludziom, że on po prostu tego nie wie. Sytuacja, której dał początek, przerosła go całkowicie.

Później było coraz gorzej. Mazguła, Czarzasty, bezsensowne tłumaczenia, że „jestem na utrzymaniu rodziny” a w końcu sprawa faktur za fikcyjne usługi pokazały, że wyglądany przez przeciwników PiS mesjasz okazał się przypadkowym bohaterem, stworzonym przez społecznościowe media i szefów kilku redakcji. Zagubionym w rzeczywistości człowiekiem, który zupełnie nie dorósł do roli, w której chciano go obsadzić.

Kaczyński to zbyt wymagający przeciwnik dla politycznych amatorów.

Czytaj: Działaczka KOD: skłamałam na konferencji prasowej. Kijowski nie prowadził strony internetowej KOD tylko wyciągał na to kasę?

Czytaj też: Koniec Kijowskiego w KOD? Nawet działacze nie widzą w nim lidera i wzywają do „zawieszenia obowiązków”