Tak Unia Europejska i Bank Światowy niszczą polski handel. Miliardy na wparcie zagranicznych sieciówek. Kolonialne praktyki

fot. PAP
Reklama / Advertisement

100 mln euro pożyczki od Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR) otrzymał Schwarz Gruppe na rozwój sieci Kaufland w Polsce. To już kolejne takie hojne wsparcie finansowe dla niemieckiego potentata, będącego też właścicielem sieci Lidl. W 2015 roku Schwarz dostał na to 900 mln dolarów na preferencyjnych zasadach. Dziś jest właścicielem niemal 800 sklepów obu marek w Polsce. Tak właśnie wygląda mechanizm niszczenia polskiego handlu.

Ale nie tylko ta sieć dostaje pieniądze na nowe inwestycje w naszym kraju i nie tylko od EBOR.

Na początku transformacji to właśnie „detal” był podstawą pierwotnej akumulacji kapitału przez Polaków, pozbawionych tej możliwości przez lata komunizmu. Na handlu wyrastały pierwsze, niewielkie jeszcze fortuny, za które przedsiębiorcy zakładali firmy z wielu branż. Innej możliwości zdobycia pieniędzy na budowę wolnorynkowej gospodarki poprzez prywatne inwestycje nie było.

Wszystko zmieniło się wraz z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Do tego momentu wielkopowierzchniowe sklepy i dyskonty zagranicznych sieci nie obejmowały więcej niż 5-10% całej, szybko rosnącej sprzedaży detalicznej. Ale już w roku 2014 było to 30 procent. W tym samym roku z rynku zniknęło 10 tysięcy małych, rodzinnych sklepów. Działo się to w czasie, gdy sieć Lidl otwierała jeden dyskont tygodniowo.

Czytaj też: Biedronka w ofensywie: w tym roku otworzy 100 nowych sklepów. Czy rozwój zagranicznych sieci handlowych w Polsce powinien być ograniczany? Wyraź swoją opinię [SONDA]

Można by powiedzieć – prawa rynku. Niestety, tak nie jest. W 2015 roku zaczęło się już jawne wspieranie niemieckich i innych sieciówek w Polsce przez zagraniczne instytucje finansowe. Bank Światowy, instytucja powołana w założeniach do walki z ubóstwem i finansowania rozwoju takich dziedzin życia jak ochrona zdrowia, edukacja, ochrona środowiska czy też rozbudowa infrastruktury, postanowiła podarować prawie 500 mln euro na rozwój sieci Intermarche, Kaufland i Lidl.

Potraktowanie Polski jak Bangladeszu i dość dziwaczny sposób rozumienia „pomocy rozwojowej” wzbudziły protesty polskich handlowców. Sprawa trafiła do Urzędu Ochrony Konsumentów i Konkurencji (UOKiK), ten jednak nie dopatrzył się w działaniach BŚ niczego dziwnego.

Czytaj też: Czy niemiecki gigant wyrzuci polskie mięso z Biedronki?

Wsparcie dla sieciówek przyszło w tym czasie nie tylko z Banku Światowego, ale też EBOR. To instytucja, której zadaniem jest, jak głosi jej program, „pomoc w rozwoju sektora prywatnego w państwach urzeczywistniających zasady demokracji wielopartyjnej, pluralizmu oraz gospodarki rynkowej celem przyspieszenia niezbędnych zmian strukturalnych w krajach przeprowadzających transformację”. EBOR liczy 66 członków – 64 państwa, Europejski Bank Inwestycyjny i Unię Europejską. Składki na EBOR płaci też Polska, wspomagając w ten sposób kolonizację rodzimego handlu z własnego budżetu.

Rok 2015 nie był wybrany na pomoc dla zagranicznych sieciówek przypadkowo. Latem panowała w Polsce susza i nieurodzaj. Ceny żywności szły w górę. To był doskonały moment na wejście na rynek z cenami dumpingowymi dzięki pieniądzom z BŚ i EBOR. W efekcie udział zagranicznych sieciówek w handlu detalicznym w Polsce zwiększył się po 2015 roku do ponad 50 procent.

Dziś jest to jeszcze więcej. Sama sieć Biedronka ma dziś 2,7 tysiąca dyskontów w tysiącu miejscowości. Polski handel detaliczny w tych miejscach ledwo zipie. Powodem jest nie tylko skala działalności zagranicznych sieciówek, ale także wywindowanie przez nie do absurdalnych poziomów cen nieruchomości. Zagraniczna monopolizacja bardzo źle wpłynęła też na pozycję dostawców, którzy w praktyce muszą zgadzać się na każde warunki narzucane im przez sieci.

Efekty? Niespotykane w handlu detalicznym 6,5-procentowe marże Biedronki i 1,2 mld zysku tej sieci w ub. roku. I to wszystko mimo tzw. promocji. Kolejna obiecana przez EBOR pożyczka jeszcze bardziej pogłębi kolonizację handlu detalicznego w naszym kraju. Polacy nie mają już szans na zdobycie w ten sposób kapitału. Kupując w sieciówkach, budujemy kapitalizm, ale Niemcom, Holendrom i Portugalczykom. A młodzi Polacy, ze smykałką do handlu, mogą zapomnieć o własnym biznesie. Pozostaje im co najwyżej kasa w Lidlu.

Czytaj też: To się dzieje w Polsce! Niemiecka firma do pracowników z Mielca: „Albo pracujecie za grosze po 12 godzin, albo bierzemy Ukraińców”

Reklama / Advertisement