Chodakiewicz: Trump na półmetku. Sprawdź, co się udało najbardziej znienawidzonemu amerykańskiemu prezydentowi

Donald Trump. Foto: PAP/EPA
Donald Trump. Foto: PAP/EPA

Fani prezydenta Donalda Trumpa nadal dają mu świetne oceny. Za porażki winią Kongres, a więc głównie Partię Republikańską, która kontroluje legislaturę. Konserwatyści nadal narzekają na brak strategii u Trumpa, ale poczynają rozumieć go jako hollywoodzkiego rewolwerowca, który wjeżdża do kontrolowanego przez bandę miasteczka i w niekonwencjonalny sposób rozprawia się z pistoleros, aby potem odjechać w siną dal, co ma pozwolić normalnym ludziom odbudować w konwencjonalny sposób swoje życie.

Przeciwnicy prezydenta z twardej opozycji (#NeverTrump, a szczególnie #Resist!) nadal uważają go za Antychrysta. Lewacki miliarder George Soros niedawno obiecał, że „podwoi swój wysiłek”, aby pobić Trumpa. Ten bowiem nie tylko zatrzymał nawałnicę, ale wręcz zawrócił tok powodzi postępu.

Gospodarka i sondaże

Na początku kontekst. Za Trumpa Ameryka właściwie całkowicie wyszła z Obamowej recesji. Gospodarka się kręci. Podatki poszły w dół, zyski idą w górę. Dotyczy to głównie zamożnych. Ci martwią się tylko, czy biznes nie ucierpi przez rozpętywaną przez Trumpa wojnę gospodarczą: wycofanie się z Trans-Pacific Partnership (TPP), renegocjacja North Atlantic Free Trade Agreement (NAFTA), odejście z Trans Atlantic Trade and Investment Partnership (TTIP), zaostrzone sankcje na Rosję i Chiny, a teraz wojna celna, której pierwszą salwą były cła na aluminium.

Na razie jednak w USA poważnych reperkusji tego nie widać. Ujawnią się pewnie w przyszłości. Obecnie giełda szaleje – to idzie w dół, to odbija się do góry. Odzwierciedla niepewność czasów. Ale gospodarka raczej wrze. Korzyści finansowe są ograniczone są głównie do inwestorów – wielkich, średnich i małych.
Pozostali, czyli zwykli zjadacze chleba, doświadczają tylko pewnej poprawy. Zatrudnienie wzrosło, jest więcej miejsc pracy niż chętnych do pracy. W pewnych, nielicznych wypadkach jest też radość z powodu otwierania starych fabryk czy budowania nowych ze względu na niskie podatki, a w związku z tym powrót niektórych przedsiębiorców z zagranicy. Jednak zwykłych ludzi martwi narastająca robotyzacja siły roboczej, co zapewne wywoła polityczne reperkusje w niedalekiej przyszłości, podniecając populizm.

Nierówności społeczne naturalnie pozostają. Generalnie, zamożni są liberałami i tolerancjonistami o wysokim wskaźniku wykształcenia. Ich armia to mniejszości narodowe. Zwyżkują demograficznie, ale mają się raczej kiepsko ekonomicznie. Wojsko Trumpa natomiast to biała biedota oraz część klasy średniej, w większości robotnicy wykwalifikowani, rzemieślnicy i drobni przedsiębiorcy. Większość ultrazamożnych popiera lewaków i Demokratów. Tylko niewielu popiera Partię Republikańską, która stoi w opozycji do populistów Trumpa. I prawie nikt z konserwatywnych miliarderów nie jest zwolennikiem Trumpa.

Wszyscy, których dochody pochodzą z pensji, odnotowali stosunkowo niewielki poziom podwyżek. Ich dochody ledwo podnoszą się z prawie trzech dekad stagnacji. Zważywszy, że chodzi tu o znakomitą większość Amerykanów, sondaże powinny odnotowywać niezadowolenie.

I tak do pewnego stopnia jest. Według Gallupa (maj 2018), 55% Amerykanów uważa, że pozycja USA w świecie jest zadowalająca. Jednak zaledwie 37% myśli, że kraj podąża we właściwym kierunku. Aż 69% jest niezadowolonych. Ale prezydent może się pochwalić nawet 43% poparcia. A 37% elektoratu uważa, że Trump powinien ponownie wygrać wybory prezydenckie. Dokładnie tyle samo osób uznawało, że Bill Clinton i Barack Obama powtórzą swoje sukcesy wyborcze w tym samym stadium ich prezydentur.
Sondaże na rzecz Trumpa odnotowują też stały brak poparcia ze strony mniejszości narodowych. Latynosi naturalnie reagują negatywnie na prezydenckie reformy spraw imigracyjnych. Murzyni albo kupili dyskurs o rzekomym rasizmie głowy państwa, albo tęsknią za prestiżem posiadania „własnego” prezydenta – Baracka Obamy. U Amerykanów afrykańskiego pochodzenia i innych akcje Trumpa właściwie nie poszły w górę, mimo że poziom bezrobocia wśród mniejszości narodowych, a szczególnie Murzynów spadł do najniższego poziomu w nowoczesnej historii USA. Co najwyżej pojedynczy przedstawiciele mniejszościowych elit składają wyrazy poparcia, czasami natychmiast je wycofując pod presją antytrumpowskich bojówkarzy w mediach i na salonach.
Trump sobie z tego niewiele robi, co najwyżej strzela po nich na Twitterze.

Trump w twitterowym domu

Trump pozostaje sobą. Ciągły chaos, ciągły brak strategii, ciągłe podszczuwanie na mediach społecznych. Ktoś zauważył, że to bardzo mądra taktyka. Prezydent wkurza lewaków na Twitterze, a oni marnują swój czas, obsesyjnie opluwając wątki, które podsuwa im głowa państwa. Nawet na ich własne opowieści – od rosyjskich tajnych wpływów w amerykańskich wyborach prezydenckich do prezydenckiej kochanki, gwiazdy porno Stormy Daniels – on im odpowiada: Fake news! Czyli łże-prasa. Albo kieruje narrację na wygodne sobie tory.

To tak jak podążający we wiadomym sobie (albo i nie) kierunku uciekinier co i raz wyrzuca z worka kota, a ścigające go psy tracą trop zbiega. Rozbiegają się, ścigając fałszywe cele. W ten sposób prezydent stara się być stale w ofensywie propagandowej. Nawet jeśli nie on kontroluje narracji całkowicie, to stara się w taki sposób naginać percepcje, że wychodzi na jego. Ponieważ jego zwolennicy są przekonani, że „media kłamią”, biorą tweety prezydenta za dobrą monetę i powielają je (re-tweets) milionowo, dodając do tego swój komentarz, który – choć często z rozmaitymi wtrętami, zwykle radykalizującymi przekaz Trumpa – amplifikuje narrację Białego Domu.

I nie ma znaczenia, że elity liberalne i lewackie uważają ten cały proces za dowód na prymitywizm fanów Trumpa, jednak odnosząc się do niego ogólnie i szczegółowo, również nagłaśniają prezydencką narrację.

Więc w tym szaleństwie może być metoda. Na razie percepcja jest taka, że Trump prowadzi politykę bezkompromisową. Nie stara się przypodobać swoim przeciwnikom z Partii Demokratycznej – ani tym umiarkowanym, ani tym ekstremalnym (#Resist!). Trump skoncentrował się głównie na swoim elektoracie, a szczególnie na sprawach najbardziej symbolicznych. Stara się go uradować – ruchami rzeczywistymi i propagandowymi.

Konserwatyzm społeczny

Konserwatyści społeczni (social conservatives) to główne zaplecze Trumpa. Są oni też najważniejszym podobozem Partii Republikańskiej. Zwykle są to twardzi ewangelicy (evangelicals), czyli – jak lewacy mówią – fundamentaliści protestanccy. Tak identyfikuje się tylko 13% Amerykanów. Stanowi to znaczny spadek w okresie ostatniego pokolenia. Jednak są zwarci, zorganizowani i umotywowani, stanowią bardzo znaczną siłę – nie tylko jako elektorat, ale również jako żołnierze każdych wyborów.
To oni głównie mobilizują wyborców działaniami u podstaw (grassroots). To oni chodzą od domu do domu z ulotkami konserwatywnych kandydatów. To oni organizują spotkania i inne imprezy wyborcze. Co najważniejsze, ewangelicy stale działają w polu, a nie tylko raz na cztery lata z okazji wyborów prezydenckich. Oni nigdy nie przerywają kampanii wyborczej, są stale zaangażowani we wszystkie lokalne sprawy. I to oni niespodziewanie znaleźli swego idealnego kandydata w Trumpie.

Obecny prezydent odpłaca im z nawiązką. To dla nich najlepszym kandydatem był wypromowany przez Trumpa sędzia Sądu Najwyższego Neil Gorsuch. To właśnie on stał się główną siłą, która spowodowała uniewinnienie mistrza cukierniczego, Jacka Phillipsa z Colorado, który z powodów religijnych odmówił upieczenia tortu na „wesołkowate” przyjęcie weselne (gay wedding reception). Teraz żaden chrześcijanin, żyd czy muzułmanin nie będzie musiał przymusowo świadczyć usług na rzecz „wesołków”. Społeczność ewangelicka uznała to za wielki triumf. Tak samo wszystkie inne ruchy, które mają na cele podkopać i zawrócić rewolucję obyczajową w Ameryce, a szczególnie „wesołkowate” śluby.

Podobnie ucieszyło ich niezmiernie przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy przez obecną administrację. Według protestanckiej doktryny dyspensjonalizmu, powrót Jezusa na Ziemię nastąpi dopiero wtedy, gdy wszyscy Żydzi przeprowadzą się do Ziemi Świętej. Potem nastąpi Armagedon i Żydzi będą mieli trzy minuty na uznanie Mesjasza – i jeśli Go uznają, zostaną zbawieni. Jeśli ponownie Go odrzucą, pójdą do piekła, gdy nastąpi Apokalipsa i koniec świata. Ponieważ Trump przysłużył się tej doktrynie, jest przez ewangelików szczerze poważany (nota bene często euforycznie chwalili go też i amerykańscy Żydzi – głównie zwolennicy Hillary Clinton w ostatnich wyborach, choć nie ma szans, że będą na niego głosować).

Oprócz tego wszyscy poważni chrześcijanie, w tym i katolicy, cieszą się prezydencką ofensywą antyaborcyjną. Ma ona dwa wymiary: zewnętrzny i wewnętrzny. Po pierwsze – podobnie jak Ronald Reagan i George W. Bush, Trump odciął wszelkie fundusze na projekty inżynierii społecznej dotyczącej zabijania dzieci nienarodzonych za pomocą agend państwa amerykańskiego, takich jak np. US AID. Po drugie – a jest to zaprawdę innowacyjne – Biały Dom wziął na cel aborcjonistów z Planowanego Macierzyństwa (Planned Parenthood), którzy w dużym stopniu żyją z pieniędzy podatnika. Dostają prawie pół miliarda dolarów rocznie od państwa. Trump odcina w zasadzie prawie wszystko, co Planned Parenthood zaplanowało na aborcje. Ponadto Trump wspiera rozmaite rozwiązania prawne chroniące życie. Na przykład sprzeciwia się Obamowemu prawu, które wymuszało na siostrach katolickich fundowanie aborcji pracownikom ich zakładów.

I następuje korekta multikulturalizmu. Obok Happy Chanukkah, Happy Kwanza, czy Happy Ramadan, powraca swojskie Merry Christmas. Nie dominujące, ale równouprawnione. Jak wszyscy, to i chrześcijanie.

Żaden inny prezydent nie ośmielił się pójść tak daleko. Nieźle jak na faceta, który prawie całe życie wyznawał filozofię playboya. If it feels good, do it. Róbta, co chceta. Skończyło się – ku radości szczególnie ewangelików.

Nie wszystko jednak idzie tak, jak Trump obiecał.

Czytaj dalej >>

11 KOMENTARZE

  1. Oj, Panie Chodakiewicz. Nie nudzą się już Panu te kłamstwa?

    Najlepsze, że Kim się pofatygował do stołu, a nie Trump. Piękne strategiczne zarządzanie percepcją.

      • Deeskalacja w przypadku różnych konfliktów. A to wcale nie nastąpiło. Meksyk miał zapłacić za mur. Kolejny kit dla frajerów.

      • Przy tym, co teraz powiem reszta to szczegół, ale jeśli chciałby Pan rozwinięcia, to z chęcią.

        To Trump skapitulował, pół świata lecąc aby się z Kimem spotkać. A dlaczego jeszcze – bo to jest najważniejsze chyba. Gdyż Kim ma już kilkanaście pocisków atomowych zdolnych uderzyć w jakikolwiek cel na świecie. Wszedł toteż w krąg państw poważnych.

        A co do Pana Chodakiewicza, to Ja się nie łudzę. Jeno już tylko tak dla humoreski się żalę. Tu też mogę rozwinąć, ale chyba Pan jest pomny, że to Pan Chodakiewicz tą litanię pochlebstw, którą Pan Trump wypowiedział w szumnym wystąpieniu w Warszawie, stworzył. Rzekłbym że Pan Chodakiewicz to zwykły szabesgoj. No ale cóż. Po co się powtarzać ^ ^ ?

        Jeśli chce Pan podyskutować, czy wpierw bym rozwinął Moją krytykę w/w to proszę tylko dać Mi znać.

      • To co Pan opisał z definicją kłamstwa ma niewiele wspólnego, najwyżej z dyskusyjną interpretacją. Kim zgodził się na negocjacje i poszedł na ustępstwa (a czy dotrzyma umów to inna sprawa, o czym zresztą Chodakiewicz napisał). A to nie udało się żadnemu z poprzedników Trumpa. Kto miał dłuższą drogę do stołu negocjacyjnego nie ma znaczenia. Nie, nie chce już, żeby rozwijał Pan swoją krytykę. Dotychczasowa nie daje nadziei na to, żebym z niej dowiedział czegoś więcej niż jakie są Pańskie nastroje.

      • A ja gratuluję rozdętego ego, które podpowiada, że bez Pańskiej krynicy wiedzy pozostanę ciemny jak tabaka w rogu.

  2. Komentarze pana Chodakiewicza są dość trafne nie od dzisiaj, ale ponieważ nie posiadają cech strzykającej z pomiędzy-zębów plwociny, zatem są krytykowane jako stronnicze w sposób niewyszukany, a często nawet ordynarny. Logika jego wywodów jest postrzegana jako wroga ideologia, nie jako analiza. Ale lewactwo posługujące się doktryną, nie realiami, podejrzewa obóz przeciwny o to samo. Najbardziej nieprzyjemny jest fakt, że ludzie łatwiej wierzą w doktryny i idee, niż w logiczne fakty. Stąd brak możliwości racjonalnej rozmowy. Ideolog ma przewagę, bo kiedy zwyzywa i opluje, realista popatrzy, zdziwi się i najczęściej ustąpi, jako że musiałby zastosować tę samą broń, a nie ma przykładowo ochoty
    schodzić do poziomu lewackiego awanturnika.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here