I wszystko jasne! Tak Morawiecki chce zrobić budżet bez deficytu. Przedsiębiorcy załamani

Premier Mateusz Morawiecki. / foto: PAP/Radek Pietruszka

Budżet bez deficytu to najnowszy slogan propagandowy rządu. Oczywiście sama idea jest słuszna, jednak nie za wszelką cenę, a tak to właśnie wygląda w przypadku przyszłorocznego budżetu przygotowanego przez gabinet Mateusza Morawieckiego.

Po latach zadłużania nas i przyszłych pokoleń na potęgę, rząd PiS ogłosił, akurat w czasie kampanii, że kolejny rok przyniesie nam budżet bez deficytu. Jest to oczywiście dopiero zapowiedź, a żadnej gwarancji nie ma, że tak właśnie będzie.

– Jest to zdarzenie księgowe, iluzja księgowa, nadwyżka w 2020 r. ma charakter tylko i wyłącznie memoriałowo-księgowy – mówił sam wiceminister finansów Leszek Skiba.

Zakładając jednak, iż tak się stanie, należy zadać pytanie, jak rząd PiS zamierza to osiągnąć?

Punktów, które w tym pomogą jest wiele. Po pierwsze to szykowany w 2020 roku wzrost wielu podatków i opłat, wzrośnie między innymi akcyza na alkohol i papierosy. Na kolejny ważny element zwraca uwagę Sławomir Mentzen, wiceprezes partii KORWiN.

– W 2020 roku rozpocznie się grabież OFE i państwo weźmie sobie 15% ze środków zgromadzonych przez nas w OFE. Co więcej, grabież będzie trwała dwa lata, więc połowa pieniędzy trafi do budżetu dopiero w 2021 roku, ale całość zostanie zaksięgowana już w 2020 roku – przypomina Mentzen.

Koleje 5 miliardów złotych ma przynieść zniesienie limitu składek na ZUS. Przedsiębiorcy którzy lepiej sobie radzą będą musieli płacić jeszcze większy haracz na upadły system emerytalny.

Obecnie górny limit składek na ZUS przewidziany jest dla osób zarabiających 142,9 tys. złotych rocznie, czyli około 12 tysięcy złotych miesięcznie. Wówczas osiągają oni maksymalny pułap i od kwot zarobionych powyżej tego nie płacą już składek na ZUS.

W myśl socjalistycznego tępienia prywaciarzy to się zmieni. Od nowego roku limit składek przestanie obowiązywać, a wtedy około 350 tysięcy Polaków zacznie płacić z dnia na dzień znacznie wyższe składki. Rząd zaciera ręce i już liczy dodatkową kasę wyciągniętą od podatnika, która ma wynieść 5 miliardów złotych.